Dlaczego nie potrzebujemy organizacji? [WYWIAD]
autor(ka): Ignacy Dudkiewicz, ngo.pl
„Z przekąsem można powiedzieć, że Polacy po roku 1989 szybko przestali budować Rzeczpospolitą, a zajęli się budowaniem tylko swojego indywidualnego dobrobytu. A do tego organizacje mało komu są potrzebne” – o tym, dlaczego tak niechętnie się zrzeszamy, ngo.pl rozmawia ze współautorem „Diagnozy Społecznej”, profesorem Antonim Sułkiem.

Ignacy Dudkiewicz: – Z wyników kolejnych edycji „Diagnozy Społecznej” wyłania się mało optymistyczny obraz stanu polskiego społeczeństwa obywatelskiego. Dlaczego tak niechętnie się zrzeszamy?

Profesor Antoni Sułek, współautor „Diagnozy Społecznej”, Instytut Socjologii UW: – Pierwsze wyjaśnienie jest takie, że niechętnie się zrzeszamy, bo i dawniej niechętnie się zrzeszaliśmy, a zjawiska społeczne odznaczają się dużą bezwładnością. Od tego czasu zaś nie nastąpiło w Polsce nic, co by tę sytuację odmieniło. Ale to jest oczywiście odpowiedź formalna. Poziom zrzeszania się jest przecież w Polsce niski od dawna. W okresie socjalizmu realnego przynależność do rozmaitych organizacji miała charakter cokolwiek formalny: cały zakład należał do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, a PZPR w szczytowym okresie miała ponad trzy miliony członków. Natomiast formy zrzeszania się, o których myślimy obecnie, a więc dobrowolne, samorzutne i samorządne, w Polsce nie istniały od dawna.

A dlaczego nie wykształciły się po zmianie ustroju?

A.S.: – Między innymi dlatego, że sama zmiana ustroju w Polsce nie odbyła się poprzez działanie takich organizacji. Oczywiście, istniały rozmaitego rodzaju związki, ale na pewno nie były to NGO-sy, a raczej AGO-sy, a więc anti-governmental organizations. I te związki mogły, ale wcale nie musiały przekształcać się później w formalne organizacje.

Drugą okolicznością, która wydaje mi się ciekawa, jest to, że zmiana ustrojowa w sferze ekonomicznej odbyła się w Polsce w sposób szokowy. Bardzo duża część społeczeństwa – zarówno w czasie kryzysu przed rokiem 1989, jak również podczas reform Balcerowicza – była w rozmaity sposób zagrożona ekonomicznie. Takie osoby nie myślą o zrzeszaniu się, ale o ratowaniu siebie.

I to nam zostało?

A.S.: – Wciąż jesteśmy społeczeństwem indywidualistycznym. Polacy, jak wynika z badań, są bardzo zorientowani na własną pomyślność: wpierw myślą o swoim podwórku – oddzielonym progiem czy płotem. Jesteśmy bardzo zajęci osobistym urządzaniem się, a w mniejszym stopniu angażujemy się w budowę większej całości. Z przekąsem można powiedzieć, że Polacy po roku 1989 szybko przestali budować Rzeczpospolitą, a zajęli się budowaniem tylko swojego indywidualnego dobrobytu. A do tego organizacje mało komu są potrzebne.

Ale przecież, mówiąc metaforycznie, „nie samym chlebem żyje człowiek”…

A.S.: – Tyle tylko, że ciągle jesteśmy też społeczeństwem na dorobku, a co za tym idzie, skupiamy się na wartościach materialistycznych, nawet jeśli nie materialnych. A jak już kiedyś zaspokoimy nasze potrzeby związane z własną pomyślnością, zabezpieczeniem ekonomicznym i statusem społecznym, to być może znaczenia nabiorą dla nas inne – takie jak potrzeba ekspresji, uczestnictwa czy wpływu na rzeczywistość. Argumentem przemawiającym za tym jest choćby fakt, że grupy ludzi, które nie muszą się troszczyć o wartości bardziej podstawowe, a więc ludzie lepiej sytuowani i lepiej wykształceni, częściej wykazują chęć zrzeszania się.

Z tym, co pan mówi, dobrze współgrają zresztą inne wyniki badań, które wskazują, że wzajemnie sobie nie ufamy.

A.S.: – Rzeczywiście, w Polsce nie ma kultury zaufania – w wielu środowiskach istnieje wręcz kultura braku zaufania. Polacy uważają, że inni chcą ich ograć, albo starają się ich ograć samemu. Nie chcą inwestować w dobro wspólne, bo korzyści z tego wynikające są odłożone w czasie i mają charakter abstrakcyjny.

Zrzeszanie się jest nam potrzebne wtedy, kiedy chcemy osiągnąć cele albo wspólnotowe, czyli cele wszystkich, albo takie, które są wspólne wszystkim. A do tego, żeby się urządzić samemu, nie ma po co się organizować.

A jednak stawia pan tezę, że Polacy częściej przynależą do jakiejś organizacji, niż to wychodzi w badaniach.

A.S.: – Organizacje, do których należymy, są bardzo różne i wymagają różnego stopnia zaangażowania. Często jednak nie są elementem naszego życia codziennego. I kiedy ktoś nas pyta, czy należymy do jakiejś organizacji, to niektórych z nich sobie po prostu nie przypominamy, bo jest to dla nas stosunkowo mało ważna sprawa. Członkostwo i działanie w organizacjach jest pewnym atrybutem, którego świadomość nie towarzyszy nam stale. Przypominamy sobie o tym, kiedy czegoś nam potrzeba albo kiedy to organizacja czegoś chce od nas.

Podobne zjawisko dotyczy dobrowolnej aktywności na rzecz innych i własnej społeczności. Może mamy kłopot ze zidentyfikowaniem działań, które zasługują na podobne miano?

A.S.: – Trzeba pamiętać, że pojęcia, których teraz używamy, są importowane. Dotyczy to pojęcia „NGO-su” czy „wolontariatu”. A obcość pojęcia nie jest bez znaczenia, bo świadczy o tym, że dana forma życia społecznego była nieobecna w praktyce codziennej przed jego wprowadzeniem. Gdyby było inaczej, to powstałoby słowo, które by ją opisywało.

Można prowokacyjne zapytać: po co nam NGO-sy w miejscach, w których funkcjonuje rozwinięta pomoc sąsiedzka? Oczywiście, możemy nowocześnie nazywać wolontariuszami wszystkich ludzi, którzy sobie pomagają, ale ujawnia się w tym pewna nieprzystawalność importowanych kategorii socjologicznych do opisu naszego społeczeństwa. Większym problemem niż to, że ludzie nie zakładają organizacji, jest to, że niechętnie działają wspólnie. Oczywiście, działanie wspólne czasami może wymagać założenia organizacji, ale przecież nie zawsze.

Może jest zatem tak, że wraz ze poziomem wykształcenia wzrasta nie tylko deklarowana chęć zrzeszania się czy działania, o czym pan mówił, ale również umiejętność nazwania pewnych postaw?

A.S.: – Być może. Wykształcenie może wpływać na poziom organizowania się na bardzo wiele sposobów. Po pierwsze, ludzie wykształceni są generalnie lepiej sytuowani, a na ich horyzoncie pojawiają się wartości post-materialistyczne, chęć osiągnięcia których popycha te osoby do uczestnictwa. Forma pracy ludzi wykształconych jest też mniej sztywna i często polega na pracy z ludźmi i ideami, a nie z rzeczami. Praca w sferze interakcji społecznych czy wolnych zawodów z natury rzeczy skłania do zrzeszania się. Ponadto, ludzie wykształceni posiadają kompetencje do działania, a więc rozmaite umiejętności formalne i komunikacyjne.

Pisze pan także, że w dyskursie o społeczeństwie obywatelskim często nie myślimy o organizacjach religijnych, a, jak wynika z badań, jest to rodzaj organizacji, do których należymy najczęściej.

A.S.: – To tylko pokazuje importowany charakter naszego myślenia i terminologii. Organizacje przykościelne czy parafialne istniały na długo przed pojawieniem się określenia „NGO-sy”. Co więcej, zwykle nie potrzebują one tak się nazywać, chyba że czynią tak z powodów strategicznych: chcą się zarejestrować, bo chcą mieć do czegoś dostęp. Ale nie potrzebują tego określenia do budowania swojej tożsamości.

Rzeczywiście Polacy, jeśli należą do jakiejś organizacji dobrowolnej, to najczęściej do takiej, która zawiązuje się przy Kościele. Gdyby jednak bez podpowiedzi zapytać ludzi, czy należą do organizacji czy stowarzyszeń dobrowolnych, mało komu przyszłoby do głowy, żeby odpowiedzieć, że należy do grupy modlitewnej. A przecież kościelne grupy wsparcia czy wspólnoty modlitewne też należą do tego, co nazywamy społeczeństwem obywatelskim – ludzie zrzeszają się w nich dobrowolnie i w sposób regularny osiągają wspólnie pewne cele społeczne, nie tylko indywidualne. Świat jest bogatszy niż kategoryzacje, język i kryteria formalne. Zresztą to, że coś nie mieści się w statystykach (tworzonych na przykład na podstawie zapisów w Krajowym Rejestrze Sądowym), też jest faktem społecznym, pokazującym, że takie jest społeczne usytuowanie pewnego kawałka rzeczywistości.

Na początku kolejnego rozdziału raportu z tegorocznej „Diagnozy Społecznej”, profesor Czapiński cytuje Jeremy’ego Rifkina, który przekonuje, że znaleźliśmy się w sytuacji, w której realne są trzy scenariusze: wzrost fundamentalizmów, rozrost grup przestępczych albo rozwój III sektora. Czy pana zdaniem działalność III sektora jest przekonującą drogą poprawiania demokracji?

A.S.: – Niewątpliwie rola rozmaitych organizacji społecznych jest znaczna, ale zbyt daleko idąca wydaje mi się teza, że to od nich zależy przyszłość. To jest wyraz pewnej emfatycznie wyrażonej wiary Rifkina.

Może więc przyszłość w większym stopniu zależy nie tyle od rozwoju III sektora, co od współpracy międzysektorowej?

A.S.: – Tak właśnie bym powiedział. Rozmaite ruchy społeczne czy NGO-sy mogą przecież zarówno wypełniać przestrzeń, w którą państwo nie wchodzi lub w której nie daje sobie rady, ale mogą też na państwo oddziaływać w taki sposób, żeby lepiej funkcjonowało. Zamiast tego, często stanowią alternatywę dla państwa. W rozmaitych dziedzinach można budować „drugi obieg” – na przykład zakładać szkoły społeczne – ale należy też zabiegać o to, żeby szkoły państwowe zmieniały się we właściwym kierunku.

Uważa pan, że ta rola organizacji pozarządowych jest realizowana w zbyt małym stopniu?

A.S.: – Tak. A ich rola nadzorowania, wpływania i przekształcania państwa jest bardzo ważna. Obecnie mamy do czynienia z rozbudowaną substytucją zadań państwa. W wielu kręgach i dziedzinach widać, że ludzie machają ręką na państwo: nie ma się co nim zajmować, zakładajmy swoje organizacje. Prowadzi to do tego, że państwo czuje się tam zwolnione z odpowiedzialności: „a to sobie rodzice zorganizują, a to pacjenci…”. I sobie organizują. Ale akurat ja przywiązuję wagę do państwa i uważam, że nie można pozwolić na to, żeby zbyt łatwo zwalniało się od swoich obowiązków.

Profesor Antoni Sułek pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się metodologią i historią badań społecznych, ostatnio opublikował książkę „Obrazy z życia socjologii w Polsce” (2011). Jest współautorem „Diagnozy Społecznej”.

źródło: inf. własna (ngo.pl)
data publikacji: 2014-01-13
Uwaga! Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystanie tekstów (lub ich fragmentów) publikowanych w portalu www.ngo.pl w innych mediach lub w innych serwisach internetowych wymaga zgody Redakcji portalu!